Partner portalu:
REKLAMA
×

Szukaj w serwisie

Dzisiejszy język utracił swoją barwną jędrność przy opisywaniu spraw higienicznych i zabłądził gdzieś pomiędzy żargon medyczno-techniczny, a płaskość wulgaryzmów.

REKLAMA

Dziesięciolecie pisma „Łazienka” nasuwa nieodparty i pocieszający wniosek – jest o czym pisać! Żadne to w sumie zaskoczenie – choć dzisiejszy język polski zupełnie utracił swoją barwną jędrność przy opisywaniu tyleż pięknych co codziennych spraw higienicznych i zabłądził gdzieś pomiędzy żargon medyczno-techniczny, a płaskość wulgaryzmów. A przecież nie zawsze tak było. Wysoka i niska literatura nie stroniła od tych przyziemnych tematów i nieraz obdarzała je metafizyczną zgoła nadbudową.

WSPÓŁCZESNA technologia wpływająca znacząco na całość organizacji życia połączyła czystość kąpieli z brudem wszystkiego co związane jest z wydalaniem (cóż za niewdzięczne słowo!) wspólną nitką instalacji wodno-kanalizacyjnej. Nie inaczej postąpił Stwórca łącząc organy służące defekacji i oddawaniu moczu z narzędziami miłości, co też zarzucili Mu najwytrwalsi krytycy. Owo połączenie dało niektórym asumpt do oskarżenia miłości cielesnej o naturalną nieczystość, z drugiej zaś jednak strony stało się bezpośrednią przyczyną wynalezienia rozmaitych technik i udziwnień miłosnych, nieraz opisywanych poetycznymi nazwami, jak na przykład „złoty deszcz” (zainteresowanych szczegółami odsyłam do fachowej literatury). Tak czy inaczej – sprawy związane z dzisiejszą łazienką mają dwa przeciwstawne bieguny – jasny i ciemny, czysty i brudny, roztaczający najpiękniejszą woń i – nie bójmy się tego słowa – śmierdzący, kojarzący się ze zdrowiem i życiem oraz ze zgnilizną i śmiercią.
Oba te aspekty traktowane były zawsze zupełnie rozdzielnie. Kąpiel to czystość cielesna jak i duchowe oczyszczenie, nierzadko kojarzona z fizycznym uzdrowieniem. Pauzaniasz pisze (V, 5, 11): „W tymże Samikionie niedaleko od rzeki znajduje się grota zwana grotą nimf Angiryd. Ktoś, kto cierpi na białactwo lub drobne białe wypryski na ciele, udaje się do tej groty. Zazwyczaj nakazuje mu się najpierw pomodlić do nimf, a następnie złożyć obietnicę jakiejś ofiary. Z kolei ma natrzeć wodą chore miejsca na skórze, przepłynąć rzekę wpław, a cała owa szpetota opuści go już w wodzie. Wyjdzie zdrów i jednakowo zabarwiony na całym ciele”. Z drugiej strony napotykamy suchy opis w rzymskich „Satyrikach” z  I w. n.e.: „Trymalchion strzelił palcami. Na ten znak podstawił mu w czasie zabawy naczynie, a on ulżywszy pęcherzowi zażądał wody do rąk, po czym lekko skropione palce wytarł o głowę niewolnika”. Trudno o bardziej techniczne opisane pozbawionej głębszego znaczenia czynności.

TERMINOLOGIA. Tak – kąpiel to pierwsze łaźnie w królestwach Azji Mniejszej, to greckie gimnazja, szkoły kultury fizycznej i filozofii, kuźnie dyscypliny cielesnej i miejsce otwierania chłonnych umysłów dostępne dla wszystkich wolnych obywateli, kąpiel to rzymskie termy z ogrodami, boiskami, czytelniami, bufetami i sklepami, wiekopomne pomniki cesarzy. Wydalanie – to naczynie ze śmierdzącą zawartością dotykane rękami niewolnika (później służącego), od najdawniejszych (egipskich) czasów obudowane meblem do siedzenia z otworem wprost nad pierwowzorem nocnika. Ta idea toalety jest chyba jednym z najtrwalszych pomysłów ludzkości, gdyż w formie niezmienionej przetrwała aż do XX wieku, zwana w Polsce „stolcem”, „sedesem” (od siedzenia) lub, z francuska, „cacatuarem”, „kakatorium” albo – we wdzięcznym spolszczeniu – „kakuarem”. I bardziej znaczący od opisu osławionego rozpustnika, cesarza Heliogabala, który „wypróżniał się w złote naczynia, mocz oddawał do naczynia z fluorytu i onyksu”, jest fakt, że już w starożytności co zamożniejsi obywatele, nim usiedli na kamiennym klozecie, wysyłali najprzód swego niewolnika by nagrzał im własnym siedzeniem kamień do wydalania. I mniejsze wrażenie robi list wnuczki pani de Choiseul: „Chciałabym Ci, droga Babciu, jak również przeorowi, opisać, jakie było moje zdziwienie, gdy przyniesiono mi wielki worek od Ciebie. Spieszę go otworzyć, wsuwam rękę, natrafiam z kolei na naczynie... wyciągam je szybko: przecież to nocnik! Ale takiej piękności... taki wspaniały, że moi ludzie wołają jednym głosem, iż należałoby go używać jako sosjerki. Nocnik był wczoraj wystawiony na widok publiczny i budził powszechny podziw”, niż relacja Jędrzeja Kitowicza o wyszukanych obyczajach w polskich miastach: „Był jeden pokój pełen na pawimencie stolców, a na półkach urynałów, gdzie goście składali ciężary natury”. Ot, czysta technika pozbawiona głębszej filozofii.

DUCHOWOŚĆ. Bogata symbolika kąpieli wywodzi się wprost z intuicyjnego odwołania do wody jako źródła życia, traktowania jej wręcz jako pierwotnej, pozbawionej formy materii. Woda to skarbnica ukrytej mocy, podczas kąpieli Afrodyta i Hera odzyskiwały dziewictwo (odwrotnie niż w Chinach, gdzie amazonki przez kąpiel właśnie stawały się brzemienne), woda to uniwersalny symbol oczyszczenia w większości kultur i religii. Czym jest chrzest jeśli nie rytualną kąpielą oczyszczającą duszę? I czy takim oczyszczeniem nie była obowiązkowa kąpiel przed pasowaniem na rycerza, ważniejsza nawet niż uczestnictwo w mszy świętej?
Kąpiel, nawet w społeczeństwach dalekich od sakralizacji codzienności była czymś więcej niż zwykłą czynnością higieniczną, właściwie ograniczenie jej do zmycia brudu przynależało tylko ludziom prostym lub wywołane było nagłą potrzebą, np. w warunkach wojny lub podróży. „(Diomedes i Odys) weszli do morza i zmywać zaczęli pot, co pokrywał obficie ich uda, golenie i szyje. Skoro zaś morska toń oczyściła z potu ich ciała i skoro rzeźwość poczuli w swych sercach miłych, naówczas w wanny pięknie gładzone wstąpili, by zażyć kąpieli” – opowiadał Homer w „Iliadzie”. W Japonii na przykład lud zażywał nago kąpieli w rzekach, jeziorach i morzu, podczas gdy arystokracja nie dotykała zimnej wody i, jak zaświadcza czternastowieczne dzieło „Kemmu-nenju-gyoji” – używała do kąpieli bawełnianej sukni zwanej yu-katabira. Czynności kąpielowe zawsze i wszędzie podlegały regulacjom „wyższym” niż tylko wynikającym z techniki czyszczenia powłoki cielesnej. Ukoronowanie traktowania każdej kąpieli jako czynności rytualnej znajdujemy niewątpliwie w kulturze Islamu. „Kitaab-ut-Taharah”, czyli „Księga czystości” opisuje każdy szczegół higieny Muzułmanina. Drobiazgowość ta dotyczy nie tylko ośmiu rodzajów wody, ale też przedmiotów dopuszczanych do wniesienia do kąpieli, zabronionych słów i zwrotów, zabronionych kierunków, pozycji, doboru właściwej ręki do właściwej czynności, a nawet nogi, którą wkraczamy do łaźni i którą ją opuszczamy. Przy czym opis ten nie jest symboliczny lecz absolutnie dosłowny: „Należy umyć intymne części ciała, za pomocą wody, papieru toaletowego (bez napisów), lub kombinacji papieru toaletowego, a następnie wody. Jeśli nie mamy wody, papieru – należy użyć rzeczy, które są tahir (czyste) i którymi można się oczyścić: piasek, liście, kamyki itp.” Właśnie ta drobiazgowość i konkretność zaleceń spoiły w jedno świat Islamu złożony z wielu odrębnych kultur. Stosunek człowieka do kąpieli, a przez to jej technikę zawsze określały zmienne zalecenia rytualne. W kulturze europejskiej od pełnej otwartości publicznych łaźni starożytnych, kąpiel ewoluowała w stronę czynności niechcianej, wręcz zakazanej, traktowanej jako religijne tabu. Wczesne wieki bardzo sprzyjały kąpieli, na dodatek odbywanej wspólnie i koedukacyjnie, jak można by dziś powiedzieć. Sekretarz apostolski jednego z papieży opisywał wizytę w alpejskim Bade: „Ponad basenem rozpościerały się galeryjki, gdzie spacerujący mężczyźni przyglądali się kąpiącym się kobietom. Nie były tym speszone, nawet skłaniały się do żartów. Miały zwyczaj urządzać pikniki na wodzie na pływających stołach, do których zapraszały mężczyzn”.
Charakterystycznym jest, że niechęć do kąpieli, czyli obnażania własnego ciała, narodziła się w ruchach gnostyckich, atakujących „rozpustność” kościoła Rzymskiego. Nieoceniony, całkowity zapis życia heretyckiej wioski Montaillou z lat 1294-1324 pokazuje, że tamtejsza „odszczepieńcza” społeczność praktycznie odrzuciła kąpiel ograniczając higienę do wzajemnego iskania wszy, zaś publiczne termy (powszechne w tamtych czasach), oddali w użytkowanie trędowatym i chorym na grzybicę. W czystości należało bowiem utrzymywać wnętrze, a nie zewnętrzna powłokę. Ta sprzeczna z wczesnym duchem chrześcijańskim myśl zakorzeniła się w ideologii kościoła Rzymskiego tak dobrze, że poddani arcykatolickiej królowej Izabeli, która chwaliła się, że z racji wysokiego pochodzenia i małżeństwa nigdy nie musiała się kąpać, mieczem nawracając ludy Nowego Świata, za jedną z oznak diabelskiego pochodzenia Indian uznali ich skłonność do kąpieli. Kontakt z wodą zachowały twarz i ręce, teolodzy zapewniali, że „grzech i kąpiel to jedno”, medycy przestrzegali kąpiących się przed rozpulchnieniem ciała i zapłodnieniem, a czystość ciała zapewniało czyszczenie ubrania. Zmianę stosunku do kąpieli przyniósł dopiero rozwój miast stanowiących bazę praktycznego, „świeckiego” podejścia do życia i zapewniających łatwy dostęp do wody dzięki inwestycjom technicznym.

FIZJOLOGIA. W przeciwieństwie do kąpieli problem załatwiania potrzeb fizjologicznych długo pozostawał praktycznie niezmienny. Mówiąc wprost – załatwiano je byle jak i byle gdzie – i jest to zjawisko interkulturowe. Nawet w tak wysublimowanej kulturze jak japońska, w której znano trzy rodzaje kąpieli, yu – czyli kąpiel w gorącej wodzie, furo – czyli kąpiel parową i ishiburo będącą techniką zamaczania się w gorącej kadzi, a każdy z owych rodzajów kąpieli opisany był drobiazgowym rytuałem – załatwiano się wprost pod domem. Obuwano wtedy takaashida, drewniane trepy na bardzo wysokich podpórkach aby wykwintne kimona nie umazały się w fekaliach. Podcierano się kawałkami papieru lub patykami (sutegi), które porzucano wprost na miejscu. Zaskoczonym należy przytoczyć słowa sławnego Erazma z Rotterdamu: „Nie przystoi witać kogoś kto właśnie oddaje mocz lub się wypróżnia” (1530). Słowa te zresztą powtarza po dwustu latach niemiecki poradnik dobrych manier: „Gdy się przechodzi koło osoby, która załatwia swą potrzebę, należy udawać że się tego nie zauważa” (1731).
Prostoty owego obyczaju publicznego załatwiania potrzeb nie sposób było niczym wyplenić. O Wersalu, który nie posiadał co prawda kanalizacji, ale wyposażony był w 300 „zamkniętych sedesów”, księżna Orleanu zanotowała w dzienniku: „Jest jedna paskudna rzecz na dworze do której nigdy nie przywyknę. Ludzie przebywający w pasażu naprzeciwko naszych pokoi siusiają po kątach”. Ponieważ z powszechności podobnych obyczajów można pochopnie wysnuć wniosek, że być może w dawnych czasach wiadomego rodzaju wydaliny obdarzone były mniej natrętnym zapachem, lub czystość powietrza neutralizowała go, zacytować należy opis z piętnastowiecznej relacji z podróży do Ziemi Świętej dominikanina, brata Feliksa Fabera z Ulm: „Każdy pielgrzym posiada urynał stojący obok jego koi. Jest to gliniane naczynie, flakon, do którego oddaje mocz oraz wymiotuje. A że zatłoczone pomieszczenia są wąskie i w dodatku ciemne, po których nieustannie ktoś się kręci, rzadko się zdarza, by do świtu naczynia nie zostały poprzewracane. Osoba niezdarna, zmuszona palącą potrzebą do niezwłocznego wstania, zazwyczaj przewraca po drodze pięć lub sześć urynałów, z których rozchodzi się odór nie do wytrzymania”.
Nawet wspomniany wyżej rozrost „sieci wodnej” dawnych miast (a oblicza się np. że w latach 1500-1650 ponad 60 miast w Rzeczpospolitej korzystało z wodociągów), nie zmniejszał problemów związanych z produktami defekacji, jako że za dostarczaniem wody do miejskich studni nie szedł system odprowadzania ścieków. Nieczystości, także te z nocników wylewano wprost na ulicę, traktując je nieraz jako głos w dyskusji (kasztelanowa Kossakowska we Lwowie wręczyła austryjackiemu poborcy, który chciał zająć coś cennego, dwa srebrne nocniki pełne ekskrementów). Efekty były widoczne np. w dawnym opisie Krakowa: „Od wielu lat wszędymi nieochędóstwy, gnojami, śmieciami i błotem powysypywane kupy leżą. Nawet sami gospodarze niektórzy, jeden drugiemu pod kamienicę śmieci nocnym sposobem podrzucają, skąd wielkie nieochędóstwo, oszpecenie miasta, ale i zaraza zdrowej aeryjej, zdrowiu ludzkiemu szkodliwa”.
Problem nieczystości był poważny, szczególnie w miastach oddalonych od systemu rzecznego. Już XIV-wieczne prawo budowlane dostrzegało go: „Kiedy mają dwa między sobą murowaną ścianę, a ta ścian każdego jest ich połowicą, a jeden chciałby podle ściany kopać szychtę, słowie sracz czynić... do połowice swego sąsiada muru ma począć kopać szychtę to jest sracz czynić, a to jest trzy stopy od swego sąsiada muru podług prawa...”.
Regulacja prawna wskazuje na próbę przymusowego rozwiązania kłopotu – zupełnie inaczej w owym czasie działo się z publicznymi łaźniami. Były one dobrą inwestycją, przynoszącą poważne zyski (w XV wieku w Oleśnicy aż 20-30 groszy tygodniowo) i chętnie budowaną. Można w nich było nie tylko się wykąpać, ale skorzystać z usług fryzjerskich, porad medycznych, prostych zabiegów lekarskich, dostać jadło i napitek, co gwarantował cech łaziebników. Oczywiście – personelem łaźni były również prostytutki płacące podatki stanowiące znaczące źródło przychodów miasta. Publiczne łaźnie nieodwracalnie dryfowały w kierunku obiektów o innym publicznym charakterze, szczególnie w dobie rozpowszechnienia się łaźni prywatnych, w Polsce zresztą prawie wyłącznie parowych. Nieuniknienie historia kąpieli wróciła do idei związanych z kultem życia, radości i płodności, zawsze zresztą obecnych w tzw. ludowym nurcie kultury, przeciwstawianym nurtowi „dworskiemu”.

POSZUKIWANIA. W obyczajowości ludowej widać również jednoznacznie pozytywny, wręcz afirmujący stosunek do brudniejszej strony fizjologii kojarzonej z siłą, witalnością i opisywany dosadnym językiem (co nota bene nie zmieniło się do dziś i owocuje wciąż poezją kloaczną o zabarwieniu pastiszowym). Niewątpliwie najwybitniejszym przekazem tego typu na gruncie europejskim jest rozdział z „Gargantui i Pentagruela” niezrównanego Rabelaise’a, którego treść wyraża się już tytułem rozdziału: „Jak Tęgopust poznał bystrość dowcipu Gargantui po jego wynalazku nowego utrzyjzadka”. Ponieważ przytoczenie go w całości nie jest możliwe dość powiedzieć, że wspaniały syn króla Tęgopusta, od imienia którego wziął się przymiotnik gargantuiczny zyskał powszechne uznanie dla swej mądrości wypróbowując kolejno rozmaite przedmioty do podcierania w celu wyselekcjonowania najlepszego. Podcierał się tedy między innymi: aksamitną maseczką panienki, chusteczką na szyję, klapkami na uszy, czapeczką pazia, kocurem, pokrzywą, żywokostem, prześcieradłem, kołdrą, firankami, poduszką, dywanem, obrusem, serwetą, chustką do nosa, pantoflem, torbą myśliwską, koszykiem, kapeluszem, kurą, kogutem, gołębiem, kormoranem, torbą adwokata – by na koniec odkryć, że najlepszą podcierką jest „gąska dobrze obrośnięta puchem, byle głowę jej trzymać między nogami”, i wygłosić wiekopomną tyradę: „I nie myślcie iż szczęśliwość bohaterów i półbogów mieszkających na Polach Elizejskich leży w zielu złotogłowia albo w ambrozji, albo w nektarze, jak powiadają stare baby. Polega ona, wedle mnie, na tym, iż podcierają sobie zadki gąską. I taka jest opinia mistrza Jana ze Szkocji”.
Tym, którzy śmieją się z fantazji autora należy przytoczyć autentyczny katalog przedmiotów używanych do podcierania na przestrzeni wieków. A były to: gąbka na patyku nasączona słoną wodą, kłębki wełny (starożytny Rzym), siano, konopie, suche liście, kawałki skóry (Słowianie), mech (Skandynawowie), skrobaczki, paski kory, muszle, zużyte kawałki liny kotwicznej (żeglarze), papier noszony w rączce wachlarza (europejskie damy), tanie tomiki poezji (zalecenie lordów angielskich dla ich lordowskich synów), wyłuskane kaczany kukurydzy, gładkie kamienie, katalogi wysyłkowe do czasu wprowadzenia śliskich (zdobywcy Dzikiego Zachodu). Wreszcie oczywiście – klasyczny dziś specjalny papier. Opisane w literaturze przygody Gargantui były zresztą znakiem cywilizacji renesansowego humanizmu, zaznaczającego się wszędzie, także w poezji najwybitniejszych polskich twórców: „Szeląg dam od wychodu/Nie zjem, jeno jaje/Drożej sram niźli jadam/Złe to obyczaje” – pisał Jan Kochanowski łącząc soczysty opis z akcentami krytyki społecznej.
POZYTYWNE EMOCJE. Zgodzić się trzeba, że o ile symbolika związana z „magią” wody jest powszechna i łatwo odczytywalna, to w wielu kulturach odnaleźć można pozostałości magii efektów wydalania. W Hangzhou świątyni Yue Fei znajduje się posąg, na który wręcz należy oddać mocz. W Japonii mocz lisów (oraz ich duchów) uważano za uzdrawiający. W dawnej kulturze ludów germańskich wystawienie gołych pośladków przez drzwi domu miało na celu ułagodzenie rozgniewanego Odyna. Prawdą zaś jest również, że im bliżej krain zimnych, tym pozytywniejsze są konotacje odchodów kojarzących się raczej z ciepłem i życiem niż brudem, jak u narodów południowych. Nieprzypadkowo w dawnej Skandynawii domy łączono bezpośrednio z oborą, korzystając z dobroczynnego ciepła krowich placków jeszcze w początkach XX wieku. Stąd pewnie wywodzi się znacznie większa otwartość, bezpruderyjność można powiedzieć, ludów północy Europy w stosunku do spraw wydalania. Dlatego pewnie w Belgii symbolem może stać się sikający chłopiec, Duńczycy bez skrępowania wykorzystują w reklamie zjawisko wiatrów (mówiąc wprost – pierdnięć), a ich słownik intelektualisty pełny jest skatologicznych określeń, które nie znajdują się w ogólnodostępnych słownikach języka polskiego. W ekskluzywnej restauracji duńskiej normalną jest pochwała – danie jest „skidegode”, czyli „dobre jak gówno”.
Może najbardziej znanym gestem wywodzącym się z dawnej magii jest zwyczaj obsikiwania przez kosmonautów koła autobusu dowożącego ich na kosmodrom Bajkonur przed startem. Gest ten, wykonany 27 czerwca 1978 roku przez Mirosława Hermaszewskiego, zyskał wręcz znaczenie symboliczne.
NA ZAKOŃCZENIE. Historia łazienki, będąca w istocie jasną historią kąpieli i ciemną – wydalania – zatoczyła dziś wielkie koło. Odpowiednikiem złotych nocników cesarza Heliogabala jest dziś sedes firmy Toto oferujący wszelkie wygody za cenę 3440 euro (od lipca w Japonii sprzedano już 20000 takich urządzeń), odpowiednikiem term – salony wellness będące połączeniem basenu, sauny, solarium, kabin masażu i dietetycznego baru. Magiczny kontakt z wodą zapewniają wanny oferujące oprócz zwykłej kąpieli światłoterapię i aromatoterapię, rubaszna otwartość w podejściu do tematu widoczna jest w zaprojektowanej w Japonii czapce Unchi Poo w kształcie zwiniętego stolca o wymiarach 5,5‘’ szerokości, 4‘’ wysokości, wadze ok. 100 gram i cenie 18 dolarów. Szkoda tylko, że nie przetrwały publiczne, koedukacyjne łaźnie, które dziś, w dobie kultu ciała stanowiłyby same w sobie atrakcję zbyt szybko biegnącego świata. Ich powrotu więc w jubileuszowym numerze pisma, szczerze życzę redakcji oraz sobie.
SŁAWOMIR MOJSIUSZKO

REKLAMA

REKLAMA

Newsletter

Najciekawsze artykuły z naszego serwisu codziennie w Twojej skrzynce
REKLAMA