Partner portalu:
REKLAMA
×

Szukaj w serwisie

REKLAMA

Bez wątpienia łazienka to bardzo wdzięczne miejsce dla filmowców. Wiele emocji generowanych przez sam fakt przebywania w łazience i korzystania z niej od bardzo dawna zachęcał ich do umieszczania tam kamery.
Jeśli chodzi o polskie kino, to na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat stosunkowo często łazienki pojawiały się w komediach. Okazało się, że są doskonałym tłem nie tylko dla budowania dramatyzmu i poszukiwania zmysłowości, ale również dla aranżowania sytuacji niezwykle komicznych, odnoszących się często do pewnego skrępowania, jakie towarzyszy korzystaniu z łazienek bądź też toalet.
Szczególnie chętnie akcję do pomieszczeń łazienkowych przenosili twórcy filmowi czasów PRL (wystarczy wspomnieć tylko Stanisława Bareję, który drwił z nich bez litości). Nic dziwnego – wystarczyło tylko na chwilę przenieść akcję do jednej z przaśnych ówczesnych łazienek, i już było wiadomo, że będzie kupa śmiechu. Łazienka klubu Tęcza – bądź co bądź wspominana na łamach „Łazienki” już nie po raz pierwszy – nie jest tutaj wyjątkiem.
Należy przy tym uczciwie przyznać, że łazienki bywały również miejscem wydarzeń dramatycznych (wspomnijmy tylko np. „Wszystko na sprzedaż” i „Krótki film o miłości”). Niemniej jednak nasi twórcy filmowi na ogół  oszczędzili nam spektakularnych, makabrycznych scen „łazienkowych” – nikt w polskim kinie nie był sztyletowany pod prysznicem (co przytrafiło się np. Janet Leight w klasycznej „Psychozie” Hitchcocka, ani nie był cięty w wannie piłą spalinową („Człowiek z blizną” Briana de Palmy). Generalnie w polskim kinie, jeśli chodzi o łazienki było bardziej śmieszno niż straszno. Pewnie  po części wynika to ze specyfiki polskiego kina w ogóle, ale zdecydowanie bardziej ze specyfiki polskiej łazienki, która przez lata skłaniała raczej do uśmiechu niż budziła grozę (chyba że – oczywiście tylko w niektórych przypadkach – ze względów higienicznych). Poniżej zamieszczamy subiektywny wybór wartych odnotowania scen „łazienkowych” w polskiej kinematografii.
ANDRZEJ TOPCZEWSKI


GDZIE JESTEŚ ROMEO? Kalina Jędrusik w kąpieli. I to w zasadzie mogłoby wystarczyć za cały komentarz. Chcąc być w porządku musimy jednak ściślej przyjrzeć się jej roli w filmie „Lekarstwo na miłość”. Jak wiadomo pani Kalina, obiekt pożądania męskiej, a zazdrości damskiej części widowni, najoględniej mówiąc nie była faworytką Władysława Gomułki, a jego żony Zofii w szczególności. A we wspomnianym filmie widzimy ją oddającą się rozkosznej, hedonistycznej kąpieli w łazience, która raczej nie była dziełem budowlańców czasów towarzysza Wiesława. Nie tylko zresztą łazienka, ale cała Warszawa w filmie Jana Batorego jest jakby zupełnie nie z PRL – o tym zadecydował kunszt operatora i montażysty. Nie może więc również dziwić (choć mogła irytować mężczyzn) obfitość miękkiej piany spowijającej ciało bohaterki. Sądząc  po opakowaniach kosmetyków rozrzuconych wokół wanny, bohaterka filmu – Joanna raczej nie korzystała z ówczesnej oferty Polleny. Jeśli jeszcze wziąć pod uwagę, że  rolę przystojnego nieznajomego (w rzeczywistości kapitana MO), grał Andrzej Łapicki, na dźwięk głosu którego w tych czasach „miękły wszystkie kolana”, to oczekiwany happy end był nieunikniony. (zdj. Zespół Filmowy Syrena)

WIELKI BRAT SŁUCHA. W jednym z odcinków „Czterdziestolatka” Stefan Karwowski trafia na pierwszą stronę stołecznego dziennika. Z dnia na dzień staje się postacią popularną,  w związku z czym w jego mieszkaniu pojawiają się reporterzy radiowi, mający zamiar nagrać „dzień z życia” wzorowego obywatela z pierwszej strony gazety. W całym mieszkaniu umieszczane są mikrofony.  Okazuje się, że trudno być mężem i ojcem na co dzień budując Dworzec Centralny czy Trasę Łazienkowską – życie ma swoje zakręty, o których raczej trudno przyznawać się przed całą Polską podczas zwykłych rodzinnych „wymian zdań”. Jedynym miejscem swobody jest właśnie łazienka. W tej wczesnej wersji Big Brothera nie można było wyłączyć osobistych mikroportów – trzeba było się imać innych sposobów. Jak się niestety okazało zagłuszanie mikrofonów poprzez głośne nalewanie wody do wanny, a nawet (co niepojęte) uruchamianie niezawodnej w takich sytuacjach spłuczki (solidny górnopłuk) nie zawsze było skuteczne. „Cała Polska” mogła więc usłyszeć o małżeńsko/rodzinnym „przeciąganiu liny”. Całe zamieszanie jak zwykle rozwiązuje nieoczekiwane przybycie kobiety pracującej, tym razem w roli ajentki PZU.
PS. Łazienka zresztą jeszcze nie raz ratowała Stefana – służyła mu jako miejsce odosobnienia podczas najazdu rodziny ze strony żony. O wyjątkowości łazienki Karwowskich decydowała ponadto obecność (rok 1974) przedmiotu pożądania wszystkich polskich kobiet tej epoki, którym nie był bynajmniej Daniel Olbrychski, ale pralka automatyczna Polar. Jej licencję na chwałę polskich chemików i proszku IXI automat towarzysz Gierek nabył od towarzysza Tito.

NIECH NAM ŻYJE PREZES KLUBU. Tym razem łazienka zgoła legendarna. Widok jej wnętrza znany jest wszystkim miłośnikom polskiego kina, a twórczości Barei w szczególności. Przestrzeń tego metafizycznego pomieszczenia to surrealistyczna mieszanka produktów rodzimego przemysłu łazienkowego w jego formie sprzed trzech dekad. Szarobiałe płytki, których równość ułożenia krzycząco przekonuje o tym, że fachowiec wziął się do roboty po godz. 13 (młodsi miłośnicy Irka Dudka będą wiedzieli o co chodzi). Na ścianach wiszą zatkane umywalki (jedna robi za stolik), z których wycieka woda i  rozwalone o zgrozo gazowe) podgrzewacze wody. Wszystkie drzwi gdzieś zniknęły, a podłogę pokrywa nieśmiertelna gnijąca drewniana kratka, na której bytuje pewnie więcej zarodników grzybni niż w niejednej pieczarkarni. Słowem prawdziwy Hyde Park i ostoja wolności słowa w klubie Tęcza, kierowanym silną ręką przez prezesa Ochódzkiego. Na ścianach napisy „Tęcza – Sręcza” i „Precz z ....” zamazane. W Hollywood murowany Oscar za scenografię. No i te teksty:
„ – O, znowu idzie. Mój mąż miał przeziębiony pęcherz, to ja wiem co to za ból”.
– Nic nie mam przeziębione, tylko lepiej na zapas”.

SPRAWA KWAŚNIEWSKIEGO. Następna toaleta do zadań specjalnych. W niej to urządzają sobie tajne spotkanie dyrektor Pol-Pimu Krzakoski (Krzysztof Kowalewski) i jego prawa ręka, czyli Dudała (Stanisław Tym), bohaterowie filmu „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz”. Jeśli wziąć pod uwagę, że cała sprawa ma dotyczyć wmanipulowania niejakiego Kwaśniewskiego (inżyniera, czyli pewnie osobnika z dyplomem ukończenia studiów) w gierki mające na celu doprowadzenie do rozwodu dyrektora (oczywiście z winy żony), to można zrozumieć zapobiegliwość Krzakoskiego. Swoją drogą nie mógł chyba wybrać lepiej – rzeczona toaleta to po prostu łazienkowa druga Polska (jest rok 1978). Idealnie położone płytki przecinane równymi nitkami fug, śnieżnobiałe umywalka i sedes (wspaniały dolnopłuk), duże lustro itp. Wymarzone miejsce odosobnienia i długiego dumania, szczególnie w pojedynkę. Summa summarum i tak cała ta konspiracja na niewiele się zdała – Krzakoski na Kwaśniewskim przejechał się strasznie. I chyba nie on jeden.

ŁAZIENKA DO ZADAŃ SPECJALNYCH. Tym razem łazienka szpiegowska, należąca do hrabiego Erwina Wąsowskiego (Władysław Hańcza), będąca w istocie jednym z głównych bohaterów odcinka „Żelazny Krzyż” z serialu „Stawka większa niż życie”. Hrabia oficjalnie zajmuje się organizacją polowań, na które zaprasza wysokich oficerów wehrmachtu i gestapo. Jak na Polskę przystało, polowania kończą się każdorazowo bigosem i sutą popijawą. Nieoficjalnie Wąsowki to współpracownik polskiego ruchu oporu (chyba o wschodniej proweniencji, co niezbyt licuje z jego pochodzeniem społecznym). Po jednej z takich zakrapianych imprez standartenführer Dibelius (Ignacy Machowski) w pijanym widzie przypadkowo pociąga za uchwyt przy umywalce, po czym wnękowe lustro odsuwa się skrywając tajną skrytkę, a w niej mikrofilmy. Gestapowska machina rusza. Wtedy właśnie do akcji wkracza Kloss z właściwą sobie energią – nie tylko udaje mu się uratować hrabiego, ale jeszcze usuwa z tego świata (pośrednio) prawie całą kompanię niemieckich oficerów, udaremniając kompletnie wymyślony spisek przeciwko wierchuszce III Rzeszy. Ku uciesze widzów jeździ przy tym jak na starej kobyle po esesmanie nazwiskiem Lohse (Gustaw Lutkiewicz). Za swą czujność Kloss zostaje odznaczony tytułowym Krzyżem Żelaznym przez samego Führera. Niemcy znów zrobieni w konia, napisy, słynna muzyka „Dudusia” Matuszkiewicza, koniec.
PS. Na ekranie widzimy tylko dłonie Wodza Rzeszy, przywodzące na myśl szpony drakuli, czy innego upiora. Trudno powiedzieć, czy to wina charakteryzatora, czy po prostu Führer rzadko mył ręce. Kilka słów należy się również samej łazience. Był to piękny pokój kąpielowy w dobrym, przedwojennym stylu: marmury na ścianach i wykwintne wyposażenie (m.in. wspomniany uchwyt). Pozostaje ubolewać, że na ekranie widać ją, jako wyraźnie nadszarpniętą zębem czasu. Z drugiej strony dobrze, że w ogóle się zachowała w gomułkowskiej epoce ślepych kuchni i wspólnych dla kilku mieszkań toalet.

ZASADZKI KRYZYSOWEGO BUDOWNICTWA. Wykończanie wymarzonej łazienki na początku lat 80-tych w Polsce to droga przez mękę. Po pierwsze: łazienkę trzeba mieć – niewielu szczęśliwców (tak jak lokatorzy bloku przy ul. Alternatywy 4) takiego zaszczytu wówczas dostąpiło. Po drugie: trzeba mieć ją czym wykończyć w dobie permanentnego kryzysu. Od czegóż jednak niezawodni rzemieślnicy, którzy w czasach octu w sklepach służą prawdziwymi hiszpańskimi płytkami? Na taki cymes skusił się profesor Dąb-Rozwadowski grany przez Mieczysława Voita (jak to mówił gospodarz Anioł: taki zwykły intelektualista). Każda pliszka swój ogonek chwali – majster, prawdziwy warszawski fachura (w tej roli Leonard Andrzejewski) jednym zdaniem rozwiewa obawy profesora, co do trwałości glazury w nowym bloku z wielkiej płyty, którego ściany jeszcze latami żyły własnym życiem:
„Są tacy, którzy robią na świeży dychtel. Ja najpierw kuję tynk, a potem robię na szron! Wpierw się sojusze rozerwą niż mój kafelek odpadnie ze ściany.” Swoją drogą biorąc pod uwagę historię ostatnich dekad pozostaje mieć nadzieję, że pan antydychtelowiec  nie zaistniał na dłużej w zawodzie. Radość profesora nie trwała długo – mojry socjalistycznego budownictwa dały o sobie znać już wkrótce. Do jego łazienki przeznaczenie wkroczyło w osobie dwóch hydraulików. Hiszpański luksus niknie pod ciosami mesla, bo „bezpotrzebnie wsadzili holender i trójnik puszcza”, no i trzeba go „ładnie wydłubać”.
PS. Jako że serial kręcono w latach stanu wojennego nikt nie myślał o rozbijaniu hiszpańskiej ściany, nawet dla filmu – wielki koszt, a co wrażliwsi widzowie mogliby nie wytrzymać takiego okrucieństwa. Płytki przyklejono do kawałka sklejki, która pod uderzeniami lata na wszystkie strony.

WSZYSTKO DLA NAUKI. Nie może dziwić, że w pełnych wyzwań czasach łazienka musiała spełniać szczególnie dużo zadań. Idealnie nadawała się np. do przeprowadzania eksperymentów naukowych. W filmie „Poszukiwany, poszukiwana” działalnością tą para się niejaki Profesor (Mieczysław Czechowicz), który z entuzjazmem i bezkompromisowością godną naukowca zgłębia w łazience sekret zawartości cukru w cukrze (oczywiście  w zależności od miejscowego promieniowania). A łazienka urokliwa; w kamienicy, drzwi na wprost wejścia do mieszkania z malowniczym, półokrągłym okienkiem. Zamykana na haczyk, oczywiście od zewnątrz. Za owymi drzwiami kryje się cały sekret Profesora – tajemnicze urządzenie, którego rzeczywiste przeznaczenie Marysia, a ściślej Stanisław Maria Rohowicz (Wojciech Pokora) poznaje przy goleniu. Urządzeniem tym okazał się prawdziwy domowy alembik, z którego dumni byliby wszyscy rodzimi specjaliści od księżycówy. Po pierwsze bardzo wydajny, sądząc po kanistrach każdorazowo wynoszonych przez Profesora. Jakości możemy się jedynie domyślać.

AKCJA NA DANCINGU. Nie jest sekretem, że porucznik Borewicz („07 zgłoś się”) w świecie nocnych lokali, luksusowych hoteli (w zasadzie tylko Victoria i Forum, ale zawsze coś), dancingów, cinkciarzy, prywaciarzy i pań wiadomej profesji czuł się jak ryba w wodzie. Niepowtarzalna, luźna atmosfera takich miejsc sprzyjała działaniom operacyjnym ukierunkowanym na zdobycie niezbędnych informacji. Zresztą w tym czasie (ostatnie lata dekady sukcesu) bawiono się ostro chcąc wykorzystać do końca okres prosperity. O imprezach organizowanych kiedyś przez Czerwonego Księcia, czy innych ówczesnych naczelnych playboyów PRL, dzisiejsze zblazowane japiszony mogą tylko tęsknie pomarzyć w oparach blunta. Wracając do tematu, istną kopalnią wiedzy dla pracownika resortu były właśnie publiczne toalety w lepszych lokalach (nie było ich aż tak dużo), gdzie np. córy Koryntu  wymieniały informacje z pierwszej ręki na temat półświatka stolicy. Tam też rozgrywa się jedna z najbardziej klimatycznych scen wszystkich 21 odcinków serialu. To właśnie zaraz po jednej z takich „konsultacji” dwie panie z branży (Zulę Bombę i Izę Mirafiori) na spytki ma zamiar wziąć por. Zubek. Niestety, ku radości Borewicza, na hasło „milicja!” obie spławiają czujnego stróża prawa nieśmiertelnym tekstem: „O, porucznik Columbo; my ojciec obie jesteśmy z Interpolu”. Warto wspomnieć, że przystępując do akcji Zubek zrobił się na bóstwo, tzn. zaczesał się na boczek, szczerząc się lubieżnie do toaletowego lustra. Tylko legendarna mieszanka twardości i wdzięku Borewicza ratuje sytuację – tym razem nie musiał nawet wyciągnąć na wierzch tego, co robiło na paniach niezmiennie duże wrażenie (legitymacja funkcjonariusza MO).

POWRÓT Z SZUFLANDII. Jedna ze scen, które na długo zapadają w pamięć. Film to „Kingsajz” Juliusza Machulskiego. Wielu facetów dałoby wiele, nawet dożywocie w Szuflandii w rozmiarze mini, żeby znaleźć się na miejscu Ola Jedliny (Jacek Chmielnik). Chodzi dokładnie o scenę, w której Olo (jako krasnoludek) na gumowej kaczuszce pływa w wannie, w której kąpiel bierze Ala (Katarzyna Figura A.D. 1987). Jak wiadomo kąpiel świetnie poprawia zdolności intelektualne – właśnie wtedy Ala łamie słynny szyfr Ca-Fe Bi-Ba – patent na kingsajz dla każdego. Do dzisiaj wielu zastanawia się, dlaczego frajer Olo pływał po powierzchni zamiast zanurkować raz albo dwa.
Warto odnotować, że wcześniej widzimy nadszyszkownika Kilkujadka (Jerzy Stuhr) biorącego kąpiel parową w imbryku. Ten wellness w skali mini na niewiele mu się jednak zdaje, ponieważ w finale wraz ze swymi pomagierami kończy on swój niecny żywot spłukany przez Ola w klopie Instytutu Badań Czwartorzędu. Chwilę wcześniej z kolei o mało nie pozbawia życia Ola przy pomocy rzeczywiście szalenie niebezpiecznego (o czym mogło przekonać się wielu w kingsajzie, także niżej podpisany) mydełka For You.

REKLAMA

REKLAMA

Newsletter

Najciekawsze artykuły z naszego serwisu codziennie w Twojej skrzynce
REKLAMA