Partner portalu:
REKLAMA
×

Szukaj w serwisie

Krzysztof Dolny, Femax: Naszą główną siłą jest logistyka

  • Autor: Rynek Łazienek
  • 14 wrz 2016 10:08
Krzysztof Dolny, Femax: Naszą główną siłą jest logistyka
Krzysztof Dolny, założyciel i właściciel sieci salonów Femax

Gdański Femax działa na rynku od ćwierć wieku. To dobra okazja, by przypomnieć na jakich podstawach budował swoją pozycję na pomorskim rynku.  Opowiada o tym Krzysztof Dolny, założyciel i właściciel sieci salonów Femax.

REKLAMA

- Słyszałem, że jest Pan zapalonym żeglarzem...

Pływam od 50 lat. To tylko hobby, choć kiedyś budowałem nawet żaglówkę.

- I wiem, że tą pasją zaraża też Pan swoich klientów – zabieracie ich na wodne wyprawy.

Nie ma w tym wielkiej filozofii – po prostu przyjemnie spędza się w ten sposób czas. Lubię czuć bujanie pod stopami, gdy trochę pokołysze w lewo i w prawo, gdy trzeba to opanować, poradzić sobie z pogodą. I chcę się tym dzielić – zwłaszcza, że żeglowanie to nie sposób na docieranie do celu, ale na cieszenie się podróżą. Trochę na przekór szybkim czasom w jakich żyjemy.

- Dlaczego stało się tak, że zajął się Pan kolankami, złączkami, umywalkami a nie budowaniem jachtów czy np. sportową żeglugą?

Żeglowanie to sposób na czas wolny, ale życie toczyć się musiało wokół czegoś innego. Skończyłem mechanikę na Politechnice Gdańskiej, a sam Femax nie jest moją pierwsza firmą - wcześniej próbowałem innych rzeczy. Prowadziłem nawet warsztat mechaniczny, a także pracowałem na rodzimej politechnice, gdzie prowadziłem badania i zajęcia ze studentami.

- Więc jak to się stało, że w 1991 roku zajął się Pan budowlanką?

Trochę przez przypadek. Zmieniły się czasy, ustrój, inflacja szalała – trzeba było znaleźć sposób na siebie i na zarabianie. Przestałem być prezesem Usługowej Spółdzielni Pracy, a zająłem się doraźnym poszukiwaniem zleceń, bo z czegoś trzeba było się utrzymać.

- Od razu zajął się Pan handlem, czy był też etap wykonawstwa?

Nie miałem własnego warsztatu, ale byłem pośrednikiem. Zbierałem zlecenia, a potem szukałem odpowiednich wykonawców i organizowałem realizację robót. Robiliśmy różne rzeczy - od pracy z osprzętem instalacyjnym, po montaż tablic reklamowych, stawianie masztów radiowych, wykonywanie przemysłowej armatury w rafinerii w Płocku czy instalacji technicznych w teatrze. Z tych przypadkowych zleceń pozyskałem wartościowe kontakty i powstało to, co robię dziś. Pod Łodzią zbudowałem halę magazynową, dla klienta który eksportował żywność, a importował elementy wyposażenia sanitarnego. Zaproponował mi, bym spróbował sprzedawać jego produkty w Gdańsku. Nie było to coś, co bardzo mnie pociągało, ale postanowiłem, że spróbuję. Jak widać – w Gdańsku popyt na takie produkty był. A hala, którą wybudowałem pod Łodzią, stoi do dziś.

- A pierwsza siedziba była w...?

Jak w każdym poważnym biznesie - w garażu. Niezbyt dużym zresztą. Sprzedawaliśmy najpierw zlewozmywaki i armaturę kuchenno-łazienkową. Prędko jednak musiałem wynająć magazyn. Potrzebowałem wtedy stu metrów, ale w Oliwie znalazłem taki na tysiąc. I to był chyba szczęśliwy przypadek, ponieważ nie trzeba było wiele czasu, by te tysiąc metrów zagospodarować. To pozwoliło nam rozbudowywać ofertę i kontakty.

- To był najintensywniejszy okres?

Na pewno dynamiczny. Ale nietrudno na takim etapie podwajać sprzedaż czy zasoby magazynowe. Nie pamiętam jednak, by był to czas szczególnie ciężkiej pracy. Intensywnej na pewno, ale na tyle dobrze to zorganizowałem, że było kiedy zajmować się firmą i odpoczywać. Do dziś pracuje z nami kilka osób ze stażem ponad 20-letnim.


REKLAMA


Rekomendowane dla Ciebie


REKLAMA

Newsletter

Najciekawsze artykuły z naszego serwisu codziennie w Twojej skrzynce
REKLAMA